John Davis – pod Złotą Bramę chodziłem słuchać utalentowanego grajka!

Honorowym gościem podczas Zorros Final Show, będzie John Davis, który reprezentował niegdyś gdański klub w rozgrywkach ligowych. W latach późniejszych po kontuzji nie powrócił już do jazdy w polskiej lidze. Do ostatnich lat brał czynny udział w rozwoju kariery Lee Richardsona. O tym jak zapamiętał Gdańsk, polskich fanów i o grajku pod Złotą Bramą, opowiedział na łamach Speedway Events.

Upłynęło już wiele lat od Twoich startów w Gdańsku. Jak wspominasz ten okres?

Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, ale żeby powiedzieć wszystko to, co uwielbiam w mieście Gdańsk, zajęłoby mi godziny…

To wybierz to co utkwiło w Twojej pamięci…

Gdańsk był najlepszym klubem w jakim jeździłem, a jeździłem w wielu wspaniałych klubach. Myślę, że byłem jednym z pierwszych zawodników, którzy jeździli w polskiej lidze jako zawodnicy obcokrajowi. Ja ze sobą pociągnąłem Marvyna Coxa. Zenon Plech zadzwonił do mnie kiedy to jeździłem w Południowej Afryce i porozumieliśmy się co do moich startów w lidze polskiej. Już wtedy wiedziałem coś o Gdańsku, ponieważ wystąpiłem tam podczas turnieju pożegnalnego Zenona Plecha.

Polska jest znana z niezastąpionych fanów, jak ty oceniasz mentalność polskich kibiców?

To był niesamowity czas dla mnie, a fani? Najlepsi jakich miałem. Byli fantastyczni dla mnie i szczerze zastanawiałem się czym sobie na to zasłużyłem. Porównałbym to uczucie do zakochania się w pięknej kobiecie.

Słynąłeś z dobrej średniej dla gdańskiego zespołu…

I tu wszystkich zaskoczę, dokładnie wiem, że miałem wtedy średnią biegopunktową 2,56. W całym sezonie miałem dwa defekty silnika, a jeden rozleciał się kiedy prowadziłem w wyścigu. To jednak nadal pozwoliło mi na zachowanie dobrej średniej i to po odjechaniu dużej ilości meczów. Wtedy najważniejszym celem był awans do wyższej ligi. I to osiągnęliśmy. Pamiętam reakcję fanów kiedy okazało się, że wygrałem ostatni wyścig dający awans. Myślę, że wtedy nikt nie został na trybunie, wszyscy wkroczyli na murawę stadionu, a ja sam, nie mogłem już wrócić do parkingu. W zespole mieliśmy wtedy niesamowitych zawodników, prócz mnie jechał Marvin, Ozzie, Tonny Briggs, Marek Dera, Jarek Kalinowski i Mirosław Barliński, Juha Moksunen, tak to pamiętam, wszyscy wtedy byliśmy w gazie i byliśmy świetnymi kumplami.

Dlaczego więc Twoja kariera zakończyła się w Gdańsku po jednym sezonie?

Miałem zamiar w Gdańsku jeździć wiele lat wraz z Marvynem Coxem. Niestety jeżdżąc w Swindon rozwaliłem sobie kolano, na tyle było to groźne, że mój lekarz powiedział mi, że już nie wrócę do ścigania. Pauzowałem 11 miesięcy, w moim kolanie były śruby. Później wystartowałem już tylko w Niemczech w latach 1993-1995, gdyż rozpocząłem swój gastronomiczny biznes i nie miałem czasu na ściganie, tak jak dawniej. Wziąłem udział w kilku jeszcze otwartych spotkaniach, gdzie miałem jeszcze dobre wyniki. Później już wycofałem się, aby skoncentrować się na rozwoju mojej działalności biznesowej i byłem mentorem dla Lee Richardsona, do czasu kiedy nadszedł ten czarny dzień dla czarnego sportu, na torze Lee stracił życia.

Czy będąc rok w Gdańsku udało Ci się zyskać przyjaciół?

Zaprzyjaźniłem się z mechanikiem klubowym Chrissu i z jego rodziną, to były świetne czasu, wtedy na żużlu miało się przyjaciół. Zenona Plecha też do nich zaliczam. Jak dla mnie był to jeden z najlepszych zawodników żużlowych w Polsce. Stawiam go wyżej niż Tomka Golloba. Gdy Zenon jeździł to wygrywał talent, a nie silniki i sprzęt.

A jak pamiętasz samo miasto, architekturę, atmosferę miasta?

Stare miasto pamiętam dobrze, zwłaszcza Złotą Bramę. Spotykałem się tam z przyjaciółmi i pamiętam, że na gitarze grał pewien grajek, który moim zdaniem był bardzo utalentowany. Grał na gitarze klasycznej, ale potrafił zagrać wszystko. Do dziś go wspominam, bo chodziłem tam tak często, a on siadał i bez problemu grał dla mnie swoje różne utwory. W prezencie dał mi nawet Złotą Bramę wyrzeźbioną z drewna, którą do dziś mam.

Kiedy odwiedziłeś Gdańsk po raz ostatni?

Było to z Lee Richardsonem, to były Mistrzostwa U21 kwalifikacje, więc musiało być to dawno temu.

Przyjąłeś zaproszenie na pożegnalny Turniej Magnusa Zetterstroema, jak go wspominasz jako zawodnika i jak widzisz go jako człowieka?

Zorro to świetny człowiek, z jeszcze lepszym charakterem. Najlepszy ambasador sportu, który ma za sobą długą i pełną sukcesów karierę. Śmiało nazwałbym go artystą żużla.